Żołędzie – pokarm naszych przodków wraca do łask

O żołędziach miałam napisać już dawno, kiedy podczas spacerów leżało ich mnóstwo pod stopami. W tej chwili zostały już tylko dębowe liście. Żołędzie w parku wyjadły wiewiórki, a w lesie dziki.
Żołędziowy sezon mamy już za sobą, ale ja nie chcę czekać do kolejnego i napiszę Wam o żołędziach właśnie teraz.

Zacznę od tego, że żołędzie są jadalne nie tylko dla zwierząt. Człowiek w czasach, kiedy o pożywienie nie było latwo wykorzystywał je jako źródło skrobi. Bo żołędzie to jadalne i bardzo zdrowe orzechy. Potem zapomnianio o nich. Może dlatego, że z żołędziami jest trochę zachodu zanim będą gotowe do użytku.

Surowe – choć można je zjeść – są bardzo gorzkie. Zawierają dużo tianiny. Można się jej pozbyć mocząc orzechy w ługu (woda z popiołem z drzew liściastych). Następnie gotuje się je do miękkości i spożywa lub wykorzystuje do otrzymania mąki lub grubiej zmielone do popularnej kiedyś kawy – żołędziówki. Kawa ta poprawia funkcjonowanie przewodu pokarmowego, zapobiega biegunkom i uspokaja. Zazwyczaj podaje się ją z dodatkiem korzennych przypraw – cynamonu i kardamonu. Jest więc idealna na jesień i zimę.

Żołędzie to nie tylko źródło skrobi. Zawierają również dużo potasu, magnezu i fosforu oraz błonnik.
Nie zawierają glutenu.

Postanowiłam wykorzystać je również kosmetycznie, ale o tym w następnym poście.

Miłej niedzieli!

 

6 Comments

Add Yours

Dodaj komentarz